SerwisPolskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej

Patron

Data publikacji: 03 sierpnia 2012

Profesor Tadeusz Koszarowski

Za swego duchowego Patrona Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej uważa Profesora

Tadeusza Koszarowskiego (1915-2002), honorowego członka Towarzystwa. Był on twórcą chirurgii onkologicznej w Polsce, autorem definicji pojęcia „onkologia" oraz organizatorem sieci polskich ośrodków onkologicznych i inicjatorem badań epidemiologicznych nowotworów. Pełnił funkcję Kierownika Oddziału, a później Kliniki Chirurgii Instytutu Onkologii w Warszawie w latach 1948-1972 oraz Dyrektora Instytutu Onkologii w latach 1972-1985. To właśnie dzięki Jego inicjatywie i niezłomnej woli powstało Centrum Onkologii-Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie na warszawskim Ursynowie.

Tadeusz Koszarowski ukończył Gimnazjum księży Marianów na warszawskich Bielanach w 1928 roku, Gimnazjum Klasyczne im. T. Reytana w 1933 roku, a Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego w 1939 roku i rozpoczął pracę zawodową w Szpitalu Wolskim. W kampanii wrześniowej walczył w grupie gen. Kleeberga, był także członkiem ruchu oporu w ZWZ, a następnie w Armii Krajowej. W latach 1943-1944 był więźniem gestapo na Pawiaku. Podczas Powstania Warszawskiego kierował szpitalem polowym. Od listopada 1944 roku był organizatorem i dyrektorem szpitalnictwa na Pradze, a od stycznia 1945 roku - również w Warszawie lewobrzeżnej.

Związki Profesora z Instytutem Radowym zaczęły się w 1941 roku, gdy zaczął pracować tu jako chirurg w godzinach popołudniowych. Wkrótce został najbliższym współpracownikiem Leona Mannteuffla. W 1948 roku został Kierownikiem Oddziału, a potem Kliniki Chirurgicznej Instytutu i pełnił tę funkcję przez 25 lat. Od 1952 roku był zastępcą dyrektora Instytutu, a w latach 1972-1986 dyrektorem naczelnym. W latach 1975-1985 kierował Rządowym Programem Walki z Rakiem. Był inicjatorem budowy Centrum Onkologii na Ursynowie, a w latach 1972-1993 - Pełnomocnikiem Ministra Zdrowia ds. budowy. Od 1953 roku przez 33 lata pełnił funkcję konsultanta krajowego w zakresie onkologii.

Tadeusz Koszarowski był też posłem na Sejm, członkiem Rady Naukowej Instytutu Onkologii i Rady Naukowej przy Ministrze Zdrowia, członkiem Komitetu Odbudowy Zamku Królewskiego w Warszawie, członkiem zespołu doradców sejmowych, członkiem Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa, Prezesem Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, Prezesem Rady Zrzeszenia Polskich Towarzystw Lekarskich, organizatorem i Prezesem Rady Krajowej Polskiej YMCA. Za działalność naukową, organizacyjną i społeczną otrzymał najwyższe odznaczenia i nagrody, w tym Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski. Został też m.in. honorowym członkiem Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, Polskiego Towarzystwa Onkologicznego, Towarzystwa Chirurgów Polskich i Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej.

Profesor Tadeusz Koszarowski we wspomnieniach kolegów-onkologów i współpracowników



Profesor Tadeusz Koszarowski był człowiekiem-instytucją: nie tylko wybitnym lekarzem, ale i doskonałym organizatorem i społecznikiem, pasjonatem z wizją wykraczającą poza współczesne mu czasy. Jednak życiorysy mają to do siebie, że są suche: pozbawione emocji i anegdot, nie oddają osobowości i charakteru człowieka. Dlatego zamieszczamy fragmenty wspomnień ludzi, którzy znali Profesora Koszarowskiego z codziennej pracy - dziś już także nestorów polskiej onkologii, kontynuujących dzieło swego Mistrza.

Cytowane fragmenty wspomnień oraz fotografie pochodzą z archiwum czasopisma "Nowotwory", nr 52 (6) z 2002 r., s. 480-599. Dziękujemy za udostępnienie materiałów.

  

Prof. dr hab. med. Mieczysław Chorąży

Pierwsze moje rozmowy i spotkania z profesorem Tadeuszem Koszarowskim miały miejsce w końcu lat 60., gdy jeszcze dyrektorem Instytutu Onkologii przy ul. Wawelskiej był prof. Władysław Jasiński. Zaczynało się w tym okresie mówić o potrzebie znacznego powiększenia zarówno miejsc szpitalnych dla chorych na nowotwory w regionalnych ośrodkach onkologicznych w Polsce, jak i zwiększenia liczby łóżek w centrali Instytutu Onkologii i jego oddziałach w Gliwicach i Krakowie. Profesor, oprócz uprawiania chirurgii, interesował się wówczas epidemiologią nowotworów. Sądzę, że już wówczas myślał o sieci placówek onkologicznych i idea zbudowania nowego Instytutu była u Profesora w pełni ukształtowana. Pamiętam, gdy pewnego razu zaprosił mnie na filiżankę kawy i w dłuższej rozmowie przekonywał mnie, że propozycja prof. Jasińskiego, dotycząca rozbudowy Instytutu na działce przy ul. Wawelskiej jest zamysłem skromnym, bo ograniczonym szczupłością terenu. Już wówczas Profesor przedstawiał wizję wielkiego ośrodka klinicznego, z silnie rozbudowanym działem badawczym. Oczywiście dawałem wyraz wielkiej aprobaty, poparcia i entuzjazmu takim planom, mając już za sobą kilka wizyt w dużych ośrodkach zagranicznych i marzyłem, aby w Polsce podobny wielki instytut powstał.

  

Dr med. Grzegorz Luboiński

Kiedy rozpoczynałem pracę w Instytucie Onkologii, pan profesor Tadeusz Koszarowski był dyrektorem tej placówki od dwóch lat. Po paru dniach zostałem przedstawiony Profesorowi. Pamiętam, że Pan Profesor już wtedy nie operował. Wyjątek zrobił dla swojej nauczycielki z gimnazjum, którą przyjęto na chirurgię z powodu zaawansowanego raka piersi. Pani, wówczas blisko dziewięćdziesięcioletnia, zwracała się do Profesora „Tadeuszu”, a On zawsze mówił do niej: „Pani Profesor”. Po operacji, przy której miałem zaszczyt (nie bez tremy) asystować, zapytałem, czy preparat usuniętej piersi należy posłać do badania mikroskopowego, skoro rozpoznanie już mamy. Na to usłyszałem stwierdzenie, które od prawie 30 lat powtarzam, zastrzegając, że cytuję Profesora: „na onkologii do badania posyłamy wszystko, nawet łzy asysty!”. Jednak z tego, co obserwowałem osobiście, a także z relacji starszych kolegów, muszę powiedzieć, że Profesor był chirurgiem i człowiekiem takiej klasy, że w jego wykonaniu doprowadzenie do łez asysty było po prostu niemożliwe. Chyba, że byłyby to łzy rozpaczy asystenta, który dostrzegł własną nieudolność.
Dla mnie osobiście pan Profesor był człowiekiem wielkiego formatu, jednostką silną, której nie gięły zakręty historii. Świadczy o tym zdarzenie, które, nie bez kozery, chciałbym dziś opowiedzieć. Wystawiając mi opinię (na moją zresztą prośbę, gdyż było to w 1997 roku) Profesor Koszarowski wspomniał, jak w początkach stanu wojennego dostał polecenie od ówczesnego wojskowego opiekuna Centrum Onkologii, by zwolnił mnie i jednego z kolegów za „działalność wywrotową”. Profesor poprosił wówczas o wydanie polecenia na piśmie. Zgodnie z Jego przypuszczeniem, takiego pisma nigdy nie otrzymał, a ustne polecenie zlekceważył.

  

Inż. Jerzy Rybicki

W 1973 roku otrzymałem wiadomość, iż Instytut Onkologii pilnie poszukuje inżyniera do kierowania Działem Technicznym. Ponieważ od kilku lat pracowałem w służbie zdrowia na podobnych stanowiskach, zgłosiłem się do Instytutu. Przyjął mnie bezpośrednio Profesor, który dopiero od kilku miesięcy był dyrektorem. Byłem zdumiony skromnie umeblowanym małym pokoikiem w Klinice Chirurgicznej i jednocześnie zaskoczony bezpośredniością przyjęcia. Rozmowa trwała ponad godzinę. Miałem wielkie szczęście poznać niezwykłego Człowieka. Była to „miłość od pierwszego wejrzenia” i jak się później okazało „z wzajemnością”. Profesor był bezradny wobec ogromnych problemów związanych ze stanem technicznym budynków. Wraz z wyjazdem poprzedniego dyrektora, prof. Jasińskiego, „zrejterował” cały pion administracyjno-techniczny, pozostawiając szpital w kompletnej ruinie. Kompleksowa ekspertyza NOT była miażdżąca – obiekt trzeba niezwłocznie zamknąć. W tym czasie z inicjatywy Profesora trwały intensywne przygotowania do rozpoczęcia budowy Centrum Onkologii, którego budowa była planowana na kilka lat. Profesor zapytał, czy jest szansa prowadzenia remontów bieżących i zabezpieczających, licząc na przetrwanie. Na Jego apel cała załoga podjęła wyzwanie i tak – ogromnym wysiłkiem – „Wawelska” przetrwała prawie 30 lat i służy chorym do dnia dzisiejszego, nie przerywając pracy nawet na jeden dzień.
W 1977 roku rozpoczęła się budowa Centrum Onkologii, której przebieg opisał Profesor w swojej książce pod znamiennym tytułem Dać Świadectwo prawdzie... Jako sekretarz powołanego przez premiera Społecznego Komitetu Budowy Centrum Onkologii, uczestniczyłem czynnie w procesie inwestycyjnym od początku do końca budowy. To, że dzisiaj we wspaniale wyposażonym Centrum mogą leczyć się tysiące ciężko chorych ludzi, jest zasługą jednego człowieka – Profesora Tadeusza Koszarowskiego. Potrafił pozyskać pełną przychylność najwyższych władz kraju. Zadanie było tym trudniejsze, że sam był „bezpartyjny”, a jego zastępcy również nie należeli do PZPR. Był to chyba jedyny przypadek w Polsce, że kierownictwo tak dużej placówki w stu procentach było apolityczne. O ile najwyższą władzę miał Profesor „za sobą”, to urzędnicy ministerstw, którzy decydowali o rozpoczęciu, a później kontynuowaniu budowy, piętrzyli same trudności. Byłem wielokrotnie świadkiem, jak nie mogąc (w obawie przed „władzą”) przeciwstawić się Profesorowi, pokazywali za jego plecami palcem wskazującym na otwartą dłoń, co miało oznaczać, że ta budowa nigdy nie będzie zrealizowana. […]
Ostatnie posiedzenie Komitetu w roku 1999 było jednocześnie jego rozwiązaniem. Profesor zaproponował wmurowanie tablicy pamiątkowej, która bezimiennie miała informować o inicjatywie powstania Centrum Onkologii. Zebrani, mimo protestów Profesora, jednogłośnie postanowili umieścić Jego nazwisko jako jedynego inicjatora budowy Centrum. W 85. rocznicę urodzin Profesora tablica uroczyście została wmurowana. Oto jej treść: „Centrum Onkologii-Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie powstało z inicjatywy Profesora doktora medycyny Tadeusza Koszarowskiego, wspartej środkami zgromadzonymi przez Społeczeństwo Polskie w Narodowym Funduszu Ochrony Zdrowia, według projektu architektonicznego mgr. inż. Zbigniewa Paszke. Tworzeniem i budową Centrum w latach 1975-2000 kierował Społeczny Komitet Budowy Centrum Onkologii”.

 

Prof. dr hab. med. Jan Steffen

W roku 1972 profesor Koszarowski został dyrektorem Instytutu i niemal od zaraz rozpoczął realizowanie Swojego wieloletniego programu rozwoju onkologii. Jednym z Jego pierwszych przedsięwzięć było podjęcie starań o uzyskanie przez Radę Naukową Instytutu uprawnień do nadawania stopnia doktora habilitowanego i występowania z wnioskami o nadawanie tytułu profesora. Ważnym sojusznikiem w tym przedsięwzięciu był profesor Stefan Ślopek, Dyrektor Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN im. Ludwika Hirszfelda we Wrocławiu i jednocześnie przewodniczący Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej, opiniującej wszystkie wnioski o nadaniu stopnia doktora habilitowanego i wystąpienia o nadanie tytułu profesora. Profesorowi Koszarowskiemu udało się zyskać silne poparcie profesora Ślopka w staraniach o rozszerzenie uprawnień Rady Naukowej Instytutu Onkologii i nakłonić Go do przyjęcia funkcji Przewodniczącego tej Rady. Wielki wkład pracy w przygotowanie i udokumentowanie wniosku o rozszerzenie uprawnień Rady Naukowej wniósł profesor Janusz Szymendera, który był w latach 1972-1974 wicedyrektorem Instytutu. Nadanie tych uprawnień miało ogromne znaczenie dla „legitymizacji” onkologii jako samodzielnego kierunku naukowych badań medycznych. Wymagało to przełamania tradycyjnych poglądów, artykułowanych wówczas przez wielu wybitnych przedstawicieli klinicznych nauk medycznych w Polsce, którzy uważali, że problemy leczenia nowotworów powinny być rozwiązywane w ramach ukształtowanych dyscyplin lekarskich, nauczanych w Akademiach Medycznych, a rolę Instytutu Onkologii widzieli głównie w zakresie leczenia objawowego i paliatywnego chorych, nie kwalifikujących się do leczenia chirurgicznego.

Jednym z kolejnych przedsięwzięć profesora Koszarowskiego było ożywienie kontaktów międzynarodowych, zwłaszcza z ośrodkami amerykańskimi. Bardzo pomocna w tym względzie była Jego wieloletnia współpraca z epidemiologicznymi ośrodkami amerykańskimi, m.in. w zakresie tworzenia rejestrów nowotworowych, finansowana ze środków tzw. pożyczki zbożowej, oraz Jego liczne kontakty z wybitnymi onkologami – klinicystami w USA. Na początku lat 70-tych Instytut Onkologii odwiedził dr Frank Rauscher, niedawno mianowany Dyrektorem Narodowego Instytutu Raka w USA, organizator Narodowego Programu Zwalczania Raka, ustanowionego z inicjatywy prezydenta Richarda Nixona. Mieliśmy wówczas okazję poznać z pierwszej ręki założenia tego Programu, który koncentrował się w pierwszych latach głównie nad rozwojem badań nad przyczynami raka. Doktor Rauscher był wybitnym wirusologiem i podobnie jak wielu jego amerykańskich kolegów był przekonany, że rozwiązanie problemu nowotworów nastąpi w krótkim czasie, zwłaszcza na gruncie poznania roli wirusów jako czynników przyczynowych tych chorób. Wizyta doktora Rauschera była okazją do podpisania pierwszej umowy o współpracy pomiędzy Instytutem Onkologii a Narodowym Instytutem Raka w USA. Współpraca ta rozwijała się bardzo pomyślnie w latach następnych i przyniosła wiele korzyści Instytutowi. Nie ustała ona, a nawet stała się bardziej intensywna, w okresie stanu wojennego, pomimo formalnego zawieszenia współpracy naukowej z Polską w tym okresie. […]

Profesor Koszarowski zdawał sobie sprawę z tego, że warunkiem poprawy skuteczności leczenia nowotworów w skali populacyjnej jest możliwie najszersze włączenie do Programu przedstawicieli innych dyscyplin medycznych. Z Jego inicjatywy koordynację przedsięwzięć związanych z poprawą wyników leczenia nowotworów złośliwych u dzieci, białaczek i chłoniaków oraz raka płuca i krtani – powierzono odpowiednio Instytutowi Matki i Dziecka, Instytutowi Hematologii oraz Instytutowi Gruźlicy i Chorób Płuc. Koordynację badań i prac związanych z wczesnym wykrywaniem i rozwojem diagnostyki nowotworów złośliwych powierzono Akademii Medycznej w Łodzi. Program obejmował także badania i prace nad rozpoznaniem i ograniczeniem narażeń rakotwórczych w środowisku pracy (koordynowane przez Instytut Medycyny Pracy im. Prof. Jerzego Nofera w Łodzi) oraz aktualne wówczas problemy rakotwórczych skażeń powietrza, gleby i wody (koordynowane przez Państwowy Zakład Higieny). Sprawy budowy sprzętu do radioterapii – w tym terapeutycznych przyspieszaczy liniowych – powierzono Instytutowi Badań Jądrowych, a badania nowych leków przeciwnowotworowych (a następnie także opracowanie krajowych technologii produkcji niektórych cytostatyków) – Instytutowi Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN we Wrocławiu. […]

Jego styl zarządzania, zarówno jako dyrektora Instytutu jak i kierownika Rządowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych i Pełnomocnika Ministra Zdrowia do Spraw Budowy Centrum Onkologii, polegał m.in. na powierzaniu odpowiedzialnych zadań i jednocześnie dużej swobody inicjatywy swoim najbliższym współpracownikom. W zarządzaniu Instytutem bardzo ważne znaczenie miały regularne cotygodniowe spotkania wszystkich członków zespołu kierowniczego, którzy byli dzięki temu dobrze poinformowani o wszystkich bieżących sprawach Instytutu, które były wówczas wspólnie omawiane. Profesor Koszarowski przywiązywał też wielką wagę do częstych spotkań z całym zespołem pracowników Instytutu, na których przedstawiane były wszystkie ważniejsze problemy, bez unikania omawiania spraw trudnych lub kontrowersyjnych. We własnej działalności Profesor Koszarowski koncentrował się przede wszystkim na sprawach, które uznawał za strategiczne; zawsze jednak znajdował czas na rozmowy z pracownikami zgłaszającymi się do niego ze swoimi problemami. Jego stałą troską było utrzymanie właściwego stosunku całego zespołu do chorych i zapewnienie im najlepszej z możliwych opieki lekarskiej, klimatu życzliwości i zrozumienia oraz maksymalnego komfortu w przebiegu leczenia.

Prof. dr hab. med. Edward Towpik

Profesora Koszarowskiego poznałem bardzo dawno – nie myślałem nawet jeszcze o studiach medycznych. Natomiast pierwsze zetknięcie „zawodowe” miało miejsce w październiku 1985 roku. Profesor – jako ówczesny dyrektor Instytutu Onkologii – przyjmował mnie do pracy w Klinice Chirurgicznej. Spotkanie odbywało się w Jego gabinecie na parterze, z widokiem na piękny ogród Instytutu. Rozmowa miała raczej charakter kurtuazyjny – za kilka miesięcy Profesor przechodził na emeryturę. Jego głównym obszarem działań w kolejnych latach było doprowadzenie do końca rozpoczętej budowy Centrum Onkologii na Ursynowie.
Nasze kontakty stały się częstsze w chwili, gdy Profesor zwierzył mi się z zamiaru opisania historii tworzenia Centrum. Czuł potrzebę zapisu tych zdarzeń, jak nikt inny był do tego upoważniony, zgromadził wszystkie najważniejsze dokumenty. Ja ze swej strony stałem się natychmiast gorącym orędownikiem zamiany rękopisu w książkę. Spędziliśmy wiele godzin na rozmowach o ponad dwudziestoletniej, bynajmniej nie łatwej historii budowy. Z archiwum Profesora wybieraliśmy najważniejsze dokumenty i ilustracje. Tak powstała opowieść o nieprzypadkowym tytule – Dać świadectwo prawdzie…

Na tym nasze kontakty „książkowe” się nie zakończyły. Z chwilą uruchomienia Centrum Onkologii

nastał kres działalności Społecznego Komitetu Budowy. Pozostała pewna suma pieniędzy i Profesor zastanawiał się, na jaki cel ją przeznaczyć. Podsunąłem wówczas myśl, że najwłaściwszym sposobem zakończenia ponad 20-letniej działalności Komitetu byłaby książka ukazująca wynik tej działalności – pracujące pełną parą Centrum Onkologii. Profesor chętnie na to przystał. W ten sposób uzyskaliśmy środki na wydanie monografii Centrum Onkologii - Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie 1932-2002, przedstawiającej na blisko 160 stronach - obok rysu historycznego - działalność i osiągnięcia wszystkich Klinik i Zakładów. Monografia, z pięknym wstępem profesora Koszarowskiego, ukazała się na 70-lecie otwarcia Instytutu Radowego w Warszawie.

Prof. dr hab. med. Janina Dziukowa

Profesor Tadeusz Koszarowski – nestor polskiej onkologii, twórca i budowniczy Centrum Onkologii na Ursynowie – takim znają Go wszyscy. Ale już niewielu pamięta z lat pięćdziesiątych młodego docenta Koszarowskiego, kierownika Kliniki Chirurgii Onkologicznej Instytutu Onkologii, otoczonego grupą młodych uczniów. Byli to wtedy: Czesław Górski, Tadeusz Lewiński, Andrzej Kułakowski, Tadeusz Kołodziejski, już bardziej doświadczony asystent Jerzy Meyza, a wśród nich jedyna młoda kobieta Hanna Werner – późniejsza „majstrowa”, pierwsza dama chirurgii onkologicznej. Pracowali wtedy we wspaniałej atmosferze stworzonej przez Szefa i Nauczyciela – Tadeusza Koszarowskiego. Myślę, że nauczyli się wiele i to nie tylko mistrzostwa w zawodzie. Świadczą o tym ich dalsze losy. Ale nie tylko oni – to, że profesor Koszarowski był również dyrektorem ds. klinicznych, rzutowało na poziom całej klinicznej części Instytutu. Rozumiał, jak ważna jest rola i miejsce diagnostyki. Brał udział w stałych spotkaniach lekarzy kliniki i radiodiagnostyki, które odbywały się dwa razy w tygodniu w Zakładzie Radiodiagnostyki, wszyscy korzystaliśmy z Jego doświadczeń. W tamtych latach radiolodzy chodzili na blok operacyjny na operacje chorych przez siebie badanych. Takie konfrontacje miały ogromne znaczenie dla wzajemnego zrozumienia, zwiększały nasze doświadczenie i zacieśniały więzy. W dalszych latach profesor Tadeusz Koszarowski zainicjował spotkania ogólno-kliniczne, obowiązujące lekarzy wszystkich Klinik i Zakładów. Omawianie trudności diagnostycznych i terapeutycznych na przykładzie licznych trudnych przypadków stanowiło znakomitą szkołę onkologii.
Wspominając lata pięćdziesiąte, nie można pominąć ważnego osiągnięcia profesora Tadeusza Koszarowskiego, jakim było zorganizowanie Centralnego Rejestru Nowotworów w ramach Działu Metodyczno-Organizacyjnego Instytutu. Uzyskane dane epidemiologiczne, w konfrontacji ze światowymi, wskazywały na narastającą liczbę zachorowań na nowotwory złośliwe, a według prognoz – wzrastającą do końca XX wieku. I to był pierwszy krok do idei budowy nowoczesnego Centrum Onkologii. Profesor Tadeusz Koszarowski rozumiał onkologię jako interdyscyplinarną specjalność, widział ją jako „nową kompleksową gałąź medycyny” i to było motorem Jego działań już w latach sześćdziesiątych. Profesor Tadeusz Koszarowski miał od dawna wizję nowoczesnego, odpowiednio wyposażonego Instytutu. Dążył do tego konsekwentnie przez wiele lat. O tym, jak i czego dokonał, napisał w swojej książce Dać świadectwo prawdzie…

Prof. dr hab. med. Andrzej Kułakowski

Tadeusza Koszarowskiego poznałem 25 lipca 1953 roku. Były to jeszcze czasy stalinowskie, a ja właśnie ukończyłem studia lekarskie w Akademii Medycznej w Warszawie. Ponieważ chirurgia fascynowała mnie od początku studiów, od trzeciego roku byłem przewodniczącym kółka chirurgicznego, którym opiekował się Jan Nielubowicz. Pod koniec V roku studiów prof. Butkiewicz zaproponował mi asystenturę, której mi władze uczelni odmówiły z powodu „zastrzeżeń politycznych” – wówczas Jan Nielubowicz poinformował mnie, że w Instytucie Radowym Dr Tadeusz Koszarowski organizuje Oddział Chirurgii i może będzie mógł przyjąć mnie do pracy. Napisał karteczkę (którą przechowuję do dziś) następującej treści: „Drogi Tadziu, przyjmij Andrzeja Kułakowskiego „moje dziecko chirurgiczne”, a sądzę, że nie będziesz żałował. Pozdrawiam Jan”. Z tym „pismem” udałem się na Wawelską, gdzie przyjął mnie człowiek o ujmującej powierzchowności, który w nieśmiałym młodym absolwencie medycyny od razu wzbudził zaufanie i po krótkiej rzeczowej rozmowie zaproponował zatrudnienie mnie (od 1 sierpnia 1953 r.) w niedawno zorganizowanym Oddziale Chirurgii. Tak rozpoczęła się moja życiowa przygoda z chirurgią i onkologią.
Oddział kierowany w tym czasie przez Tadeusza Koszarowskiego zatrudniał Hannę Werner, Tadeusza Lewińskiego, Alberta Gerlacha, Czesława Górskiego oraz na części etatu – Witolda Rudowskiego, Wacława Sitkowskiego i Tadeusza Gontę. Sekretariat prowadziła „żelazna sekretarka”, oddana Oddziałowi Maria Sowacka. Nowocześnie zorganizowany, z wzorową na ówczesne czasy dokumentacją (historie choroby pisane na maszynie), blokiem operacyjnym, gdzie wprowadzaliśmy nowoczesne metody znieczulenia i zabiegi elektrochirurgiczne (aparat Bovie z pomocy UNRRA) – tu rodziła się polska chirurgia onkologiczna, której uczyliśmy się razem z naszym szefem. Tadeusz Koszarowski, który chirurgii uczył się od Leona Manteuffla, przyjął od Niego ważne dla nowoczesnego chirurga zasady: głęboką znajomość patofizjologii, indywidualne podejście do chorego, umiejętność planowania i kojarzenia różnych metod leczenia dla uzyskania jak najlepszych wyników. Poza tym, że interesował go każdy chory, doceniał wagę badań statystycznych, które w tych czasach właśnie rozwijały się w medycynie. Uważał, że chirurgia jest jedną z metod leczenia, nie był technicznym wirtuozem, nie fascynowały go sztuczki techniczne, tak lubiane przez wielu chirurgów. Pozwalał każdemu z nas na swobodny rozwój, dużą samodzielność, ale wszystko to musiało być podporządkowane dobru chorego.

Dr med. Zbigniew Malinowski

Profesora Tadeusza Koszarowskiego poznałem w grudniu 1952 r. – w dniu, kiedy rozpoczęliśmy pracę w Instytucie Onkologii, w kilkuosobowej gromadce lekarzy, wchodzących tuż po dyplomie w życie zawodowe. Długie, następne lata to pasmo stałych kontaktów, częstych rozmów i współpracy z Profesorem. Pomimo, że nie byliśmy chirurgami, uważaliśmy się za Jego uczniów, a On był naszym wychowawcą i wzorem. Był dla nas ogromnym autorytetem nie tylko w sprawach merytorycznych, ale też moralnych, w czasach tak trudnych ideologicznie. Był humanistą wielkiego formatu, niezwykle konsekwentnym w swoich poglądach, odważnym, sprawiedliwym i jednocześnie tolerancyjnym. Były to lata trudne, lata ogromnego zacofania technicznego w naszych możliwościach terapeutycznych. Pojęcie „onkologia”, jak mawiał Profesor, brzmiało w polskim środowisku lekarskim „egzotycznie, a wśród chirurgów nawet podejrzanie”. Wobec nas, radioterapeutów, stosunek był szczególny, mówiono, że „prowadzimy leczenie lampami”. Takie było wówczas obiegowe pojęcie o radioterapii. Te poglądy wreszcie zaczęły się zmieniać – w ogromnej mierze pod wpływem myśli, poglądów i pracy Profesora.
W latach siedemdziesiątych zdarzyła się rzecz niezwykła. Profesor – chirurg jako pierwszy Dyrektor Instytutu, po objęciu stanowiska, przyczynił się do szybkiego rozwoju i doprowadzenia do wysokiego poziomu radioterapii w naszym Zakładzie na Wawelskiej. Podjął decyzję wielkiej przebudowy Zakładu i drogą wielu starań zdobył fundusze na wyposażenie w najnowocześniejszą ówcześnie aparaturę terapeutyczną i pomocniczą. Jak nikt dotąd dbał o nasze szkolenie, wysyłał stale za granicę, pomagał w trudnych chwilach. Zawsze, niemal do ostatnich dni, interesował się naszą pracą i działalnością.

Prof. dr hab. med. Marek P. Nowacki

Profesor Tadeusz Koszarowski nauczył mnie bardzo wiele, a wśród spraw najważniejszych wymieniłbym szacunek dla faktów naukowych i płynący z nich sposób klinicznego myślenia: czy ryzyko proponowanego leczenia nie jest zbyt wielkie w stosunku do korzyści, które może przynieść? Czy operujemy dla dobra chorego, czy dla zaspokojenia naszych ambicji, naszej sławy? Czy wykorzystaliśmy wszystkie możliwe opcje postępowania? Czy odbyliśmy naradę lekarską w gronie niezbędnych, kompetentnych specjalistów? I te pytania można by rozwijać dalej, zgodnie z definicjami Profesora, definicjami, których nikt nie wyraził w tak klarownej formie. Proszę zajrzeć do książki Chirurgia Onkologiczna, wydanej przez PZWL w roku 1981 na strony 11-16: „Chirurg-onkolog mając pogłębioną znajomość patologii i kliniki chorób nowotworowych, dysponuje swobodnie wszystkimi znanymi metodami operacyjnymi dla dokonania optymalnego wyboru i prawidłowego wykonania leczenia chirurgicznego nowotworów oraz możliwie szybkiej i pełnej rekonstrukcji i rehabilitacji pooperacyjnej. Chirurg onkolog ma pełną znajomość skuteczności innych metod terapii, racjonalnie i obiektywnie ocenia swe właściwe miejsce w zespołowym rozpoznawaniu i leczeniu skojarzonym chorób nowotworowych, cechuje się umiejętnością współpracy z innymi specjalistami dla wspólnego ustalenia planu leczenia, a następnie konsekwentnego kompleksowego jego wykonania, znajomością bezpośrednich i odległych wyników leczenia oraz czynników rokowniczych. Chirurg-onkolog prowadzi dalszą obserwację i opiekę do końca życia operowanego chorego”.

Dr med. Irena Tarczyńska

Pamiętam – podobnie jak wszyscy pracujący w tym czasie w Instytucie Onkologii – kilkuminutowe lub dłuższe „spacery” Profesora wzdłuż korytarza oddziału. Widzę lekko pochyloną sylwetkę Profesora (Profesor był wysokiego wzrostu) gdy, idąc z jednym z pracowników pod rękę, prowadził z nim dyskurs. Takie „spacery” z Profesorem stanowiły wyróżnienie. Ja tak to odbierałam i sądzę, że nie tylko ja. Powiedziałabym nawet, że wyróżniona w ten sposób osoba była przedmiotem pewnej zazdrości. Wyróżnienie to było także zauważalne przez chorych i odpowiednio oceniane.
Profesor lubił porządek. Wszystkim było wiadomo (i przeszło to do historii oddziału), że jeśli jakiś „pyłek” znajdzie się na podłodze korytarzy oddziału, którymi Pan Profesor będzie przechodził, Pan Profesor się schyli, by go podnieść. Dla siostry oddziałowej p. Tosi te „porządki” Profesora były dyshonorem i wielkim przeżyciem, gdy pomimo Jej przesadnych starań i dbałości o czystość oddziału zauważył jakieś niedopatrzenia i niedociągnięcia. Ale taki był Pan Profesor.
Codziennie o godz. 8:00 odbywały się odprawy w profesorskim gabinecie. Gabinet usytuowany był obok sekretariatu, w którym wszechwładnie panowała – dosłownie – Pani Maria – sekretarka czuwająca nad Profesorem, nad sprawami Kliniki, dyscyplinując nasze sprawy i nas asystentów też. Tematem odpraw było omawianie spraw chorych, postępowania lekarskiego, sprawy naukowe, sprawy oddziału i pomocniczego personelu. Profesor prowadził odprawy, słuchając opinii lekarzy i ich uzasadnień. Bardzo stanowczo jednak (Profesor był stanowczy), jeśli był innego zdania, komentował te wypowiedzi. Profesor swoim sposobem bycia i postępowania nadawał ton pracy w Klinice, wpływał na wzajemne stosunki między pracownikami. Zachowując dystans – wzbudzał szacunek i respekt. Był to pełen kultury Pan.
Z racji mojego zajęcia – anestezjologa – i wykonywanych z tym czynności, często widywałam Profesora w salach operacyjnych. W mojej pamięci utrwalił się obraz Profesora siedzącego przy łóżku chorego, z którym rozmawiał, trzymając go za rękę. Zdarzało się to także w godzinach wieczornych. Bywało i tak, że Profesor przychodził do chorych w czasie wykonywania przez pielęgniarki lub przeze mnie zabiegów anestezjologicznych. Pomimo pewnego zażenowania, spowodowanego niespodziewaną obecnością Profesora, było to miłe, gdyż towarzyszące jej króciutkie rozmowy rozładowywały napięcie i wpływały uspokajająco.

Prof. dr hab. med. Zbigniew Wronkowski

Szczególną rolę w ukształtowaniu się onkologii jako nauki i dyscypliny medycznej odegrał prof. Tadeusz Koszarowski. Już w latach 50. sformułował następującą definicję: „Onkologia jest to nauka o etiologii, patologii, epidemiologii, zapobieganiu i wczesnym wykrywaniu nowotworów złośliwych, skojarzonym leczeniu chorych na raka, opiece nad nieuleczalnie chorymi oraz organizacji walki z rakiem”. Definicja ta była podstawą do wyodrębnienia się onkologii jako samodzielnej dyscypliny medycznej oraz utworzenia drugiego programu zwalczania nowotworów i wprowadzenia prawnych zasad zbierania danych epidemiologicznych.Praca lekarza zakładowego u „Wedla”, później organizatora służby zdrowia w prawobrzeżnej Warszawie (w czasie okupacji), a następnie udział w

odbudowie Instytutu Radowego w Warszawie, dały nowe doświadczenia prof. Tadeuszowi Koszarowskiemu – chirurgowi. Walkę z rakiem zaczął ujmować z punktu widzenia zdrowia publicznego. Potrzebne były dane do oceny rozmiarów i specyfiki problemu nowotworów złośliwych. Podstawą zbierania danych epidemiologicznych był prawnie ustalony obowiązek zgłaszania nowotworów. Prof. Tadeusz Koszarowski tak pisze w swojej książce Dać świadectwo prawdzie: „W pierwszej połowie XX wieku opanowano w krajach cywilizowanych masowe epidemie chorób zakaźnych, w tym – bardzo złożony problem gruźlicy. Skutkiem tego było znaczne przedłużenie przeciętnego okresu życia ludzkiego. Jednocześnie nastąpił wzrost liczby chorób starszego wieku, np. miażdżycy i jej następstw, a także chorób nowotworowych. Proces ten postępował równolegle z powiększającą się liczbą starszych obywateli i trwa nadal. Rejestracja przyczyn zgonów i liczby zachorowań na nowotwory złośliwe, w zestawieniu ze zmianami tzw. „piramidy wieku” pozwala ocenić bieżący wymiar zjawiska, jak również opracować rokowanie jego rozwoju”.
Już na początku lat 50. z inspiracji prof. T. Koszarowskiego powstają pierwsze statystyki dotyczące nowotworów. Początkowo dotyczą one jedynie zgonów. Oszacowano np., że w 1951 roku współczynnik umieralności na nowotwory wynosił 11,1 na 10 000, a „przypuszczalna” liczba zgonów na nowotwory złośliwe w Polsce wynosiła 30 000 rocznie. Z inicjatywy prof. Tadeusza Koszarowskiego utworzony został zespół, który zbierał dane epidemiologiczne i je opracowywał. Dr Barbara Warda, mgr Zofia Karewicz, Irena Mardeusz i wiele innych osób są w centrum tych działań. Początkowo opracowania przygotowywane są w Dziale Metodyczno-Organizacyjnym Instytutu Onkologii w Warszawie, a później w Zakładzie Organizacji Walki z Rakiem, którym kieruje prof. T. Koszarowski. Przełomowym faktem jest utworzenie w 1953 roku Centralnego Rejestru Nowotworów w Instytucie Onkologii w Warszawie, przy ul. Wawelskiej 15. Początkowo, jest to tzw. „bierne” zbieranie kart zgłoszenia nowotworu (MzN1) i ich opracowywanie. W 1963 roku analizowane są już pierwsze szczegółowe zestawienia dla Polski, uwzględniające takie zmienne jak: płeć, wiek i umiejscowienie nowotworu. W 1962 roku zaproszony przez prof. T. Koszarowskiego przyjeżdża do Polski dr William Haenszel, przedstawiciel Narodowego Instytutu Raka w Bethesda (USA). Dobrze oceniając dotychczasowe działania w zakresie epidemiologii nowotworów w Polsce, proponuje udoskonalenie systemu. Powstają trzy populacyjne, aktywne rejestry nowotworów w następujących regionach: warszawskim, krakowskim i katowickim. Obszar objęty tymi rejestrami zawierał populację wielkomiejską (Warszawa, Kraków, Katowice), mieszkańców mniejszych miast oraz populację wiejską. Usytuowanie rejestrów uwzględniało działanie różnych czynników ryzyka (m.in. stylu życia, środowiska naturalnego i środowiska pracy), ale głównym czynnikiem określającym zlokalizowanie tych rejestrów były ówczesne możliwości wiodących placówek onkologicznych w Polsce, tj. Instytutu Onkologii w Warszawie i jego oddziałów w Krakowie i Gliwicach.
Dla stworzenia nowoczesnej epidemiologii nowotworów potrzebni byli odpowiednio przeszkoleni ludzie. Realizację tego zadania umożliwiło m.in. podpisanie umowy pomiędzy Instytutem Onkologii w Warszawie i Narodowym Instytutem Raka w Bethesda (USA). Ogromną pomoc w jej realizacji wykazał dr W. Haenszel. Dzięki tej umowie oraz intensywności współpracy prof. T. Koszarowskiego ze światowym środowiskiem epidemiologów, było możliwe szkolenie lekarzy w zakresie epidemiologii nowotworów. Prof. Helena Gadomska, doc. Jerzy Starzewski, prof. Zbigniew Wronkowski, a później prof. Janusz Pawlęga i prof. Witold Zatoński, mieli możliwość intensywnego szkolenia się w wiodących placówkach na świecie. […]
W latach 1972-1974 kształtuje się wizja trzeciego programu walki z rakiem w Polsce. Wiedza, determinacja i szczególny sposób kontaktu z ludźmi prof. T. Koszarowskiego przemienia tę wizję w fakt stworzenia Programu Rządowego PR-6 Zwalczanie Chorób Nowotworowych w Polsce. Program uwzględnia wszystkie ważniejsze aspekty walki z rakiem tj.: badania naukowe, oświatę zdrowotną, zapobieganie, wykrywanie, diagnostykę, leczenie, opiekę po leczeniu oraz organizację walki z rakiem (m.in. specjaliści, łóżka, wyposażenie). Najważniejszym elementem Programu PR-6 było utworzenie sieci pełnoprofilowych centrów onkologicznych. Model pełnoprofilowego ośrodka onkologicznego został opracowany przez prof. T. Koszarowskiego i prof. Z. Wronkowskiego. Podstawą modelu było skupienie w jednym ośrodku (centrum) wszystkich elementów realizujących walkę z rakiem (badania naukowe, epidemiologia, profilaktyka, diagnostyka, leczenie, opieka po leczeniu) z uwzględnieniem specjalistów, łóżek i sprzętu. Model takiego ośrodka onkologicznego przedstawiony był kilkakrotnie na zjazdach międzynarodowych oraz opublikowany w uznanych czasopismach medycznych przez T. Koszarowskiego i Z. Wronkowskiego. Model ten uznany został za najskuteczniejszy w zwalczaniu nowotworów i obecnie znany jest (m.in. w USA) jako comprehensive cancer center.
Prof. T. Koszarowski rozpoczął realizację Programu Rządowego PR-6, współpracując z wieloma osobami, które nie tylko były przygotowane zawodowo do wykonania swoich zadań, ale również były motywowane do wykorzystania unikalnej szansy do wprowadzenia onkologii polskiej na poziom europejski. Szansa ta została wykorzystana. W latach 1974-1999 utworzono sieć onkologiczną, a podstawowe cele Programu PR-6 i później Programu CPBR 11.5 osiągnięto. Do osiągnięcia celów przyczynił się bardzo intensywny rozwój współpracy z zagranicą. Dokumenty z lat 1974-1990 wskazują na ogromny wzrost liczby zagranicznych wyjazdów onkologów polskich na szkolenia, zjazdy i inne naukowe spotkania międzynarodowe. Coraz częściej zaczęli u nas gościć specjaliści zagraniczni. Jednym z zewnętrznych wyrazów wysokiej pozycji Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie w Polsce i na świecie były informatory o samym Instytucie i o sieci onkologicznej w Polsce oraz o Programie Rządowym PR-6, wydane w czterech językach. Wyrazem uznania dla epidemiologii polskiej było powierzenie Instytutowi Onkologii przez Międzynarodową Agencję Badań nad Rakiem (agenda WHO), przeprowadzenia w 1982 roku międzynarodowego kursu nt. epidemiologii nowotworów. W ramach licznych umów międzynarodowych, zwłaszcza wykorzystując takie możliwości, jak Umowa pomiędzy Instytutem Onkologii w Polsce i Narodowym Instytutem Raka w USA czy Program Rozwoju Narodów Zjednoczonych, realizowana była wymiana naukowa i międzynarodowe badania naukowe. Dzięki prof. T. Koszarowskiemu i jego współpracownikom, w trudnych czasach PRL-u współpraca naukowa w dziedzinie onkologii była wyróżniająca się, nie tylko wśród dziedzin medycznych.

Wywiad z prof. dr hab. med. Tadeuszem Koszarowskim - nestorem polskiej onkologii

Edward Towpik: Chciałem prosić Pana Profesora o ocenę roli chirurgii w leczeniu nowotworów z perspektywy wielu dziesiątków lat Pana pracy. Zacznijmy może od tego, jaka była rola chirurgii w leczeniu nowotworów wtedy, kiedy Pan Profesor po raz pierwszy zetknął się z onkologią?

Tadeusz Koszarowski: Przyznam się, że jestem wprost zdumiony, jak ogromne nastąpiły zmiany, a również - jak inne były w pamiętnym okresie poglądy na te sprawy. Jak daleką drogę musieliśmy odbyć od chirurgii - powiedzmy sobie - „prymitywnej", do chirurgii tzw. „radykalnej" i obecnie - do chirurgii „selektywnej". Wymaga to trochę bardziej szczegółowego naświetlenia. W momencie, kiedy zacząłem swoją karierę chirurgiczną, był to rok 1939, chirurgia miała charakter czysto techniczny; nie tylko chirurgia onkologiczna, ale i chirurgia ogólna. Wynikało to oczywiście z bardzo szczupłego zakresu wiedzy o patofizjologii procesu chirurgicznego, od wskazań aż do rehabilitacji. Wówczas myślano wręcz kategoriami nie naukowymi - z dzisiejszego punktu widzenia - ale „rzemieślniczymi". Problemem było tylko, czy to nowotwór „złośliwy" czy „niezłośliwy". To wystarczało chirurgowi, który przede wszystkim oceniał, czy ten guz lub owrzodzenie jest technicznie do usunięcia tzn. czy jest ruchome, czy ograniczone, przy czym - guz złośliwy ujmowało się w pojęciu „rak" - bez wdawania się w dalsze dyskusje. Chodziło więc o jak najszybsze usunięcie „guza" i na tym zainteresowanie chirurga się kończyło, po zagojeniu rany. Było to, w świetle obecnej wiedzy, niesłychanie prymitywne. Ewolucja od tamtego czasu wiąże się z dwoma podstawowymi sprawami.
Po pierwsze, nastąpił kolosalny postęp chirurgii ogólnej, np. opanowanie umiejętności operowania narządów klatki piersiowej, a z drugiej strony - znajomości patofizjologii choroby nowotworowej, oraz tzw. nozologii, która, jak Panu wiadomo, w dalszym ciągu nie funkcjonuje w pełni, biorąc pod uwagę skąpe wiadomości nt. przyczyn powstawania nowotworów, itd. Do tej pory ta sprawa jest niedokończona, ale dziś myślimy o pewnych jednostkach onkologicznych, o pewnych syndromach, które są oparte na elementach już poznanych, ocenionych i wykorzystanych.
Ogólnie - ogromny postęp nastąpił w anestezjologii, opanowaniu zakażeń przez wprowadzenie antybiotyków, skutecznej walce ze wstrząsem operacyjnym. Zniknęła konieczność pośpiechu podczas operacji. Kiedy zaczęła się moja przygoda z chirurgią funkcjonowało takie powiedzenie „Le chirurgien l'horloge" tzn. „chirurg zegarek" i proszę mi wierzyć, że w niektórych klinikach były takie wyścigi z czasem, że np. usunięcie wyrostka robaczkowego robiono w 5-8 minut. Sam uczestniczyłem w takich operacjach, kiedy asystenci włączali stoper, chcąc sprawdzić, kto operuje szybciej. Kliniki ze sobą rywalizowały - np. szkoła krakowska ze szkołą warszawską, kto szybciej operuje. Dziś to już anachronizm, wtedy to było potrzebne; nie znano przetaczania śródoperacyjnego krwi czy osocza, kroplówek dożylnych, zwalczania wstrząsu operacyjnego.
Drugą sprawą jest postęp w rozumieniu kliniki nowotworów, nozologii nowotworów. Zasadnicze znaczenie ma tu rozpoznanie histopatologiczne, wiązane z przebiegiem klinicznym tzw. histo-kliniką, które jest podstawą określenia jednostek onkologicznych. Postęp związany jest oczywiście z wprowadzeniem klasyfikacji TNM, z rozpoznaniem procesów dynamiki nowotworowej, tzw. „prognostic factors" itp. Tak więc chirurg, aby móc np. odstąpić od bardzo kaleczącej radykalnej operacji i wybrać dla danego chorego odpowiednie indywidualne postępowanie musi przede wszystkim operować wiedzą onkologiczną. To decyduje o powstaniu chirurgii onkologicznej jako specjalności.
Jest to w moim przekonaniu główny element ewolucji od chirurgii ogólnej do onkologicznej. W końcu XIX wieku obowiązywała zasada: „mała zmiana - wielka operacja” wprowadzona głównie przez Stendhala, zasada usuwania całego narządu z okolicznymi węzłami chłonnymi. Stąd np. radykalne usuwanie sutka, mięśni piersiowych i węzłów chłonnych pachy. Był to wzór, który był kopiowany przy leczeniu nowotworów innych narządów. Prowadziło to do nadmiernej radykalizacji, np. w szkole brazylijskiej Antonio Prudente usuwało się sutek, oba mięśnie, zawartość pachy, obojczyk i ramię! To samo dotyczyło żołądka – zawsze wykonywano resekcję totalną, łącznie z węzłami okolicy głowy trzustki i siecią. Wykonywano „ewentrację miednicy” przy nowotworach ginekologicznych, tzn. usuwano rozlegle jelito grube, kość krzyżową, macicę z przydatkami, pęcherz, zawsze wytwarzając oczywiście sztuczny odbyt i wyłaniając moczowody.
Podobnie było z usuwaniem węzłów przymostkowych w raku sutka. Sami też uczestniczyliśmy w zespole innych ośrodków (Villejuif, Mediolan, Rzym, Lima, Nowy York) w takich badaniach, które zgromadziły kilka tysięcy przypadków. Dzisiaj już wiadomo, że ta radykalizacja była niepotrzebna. Po tym okresie zaczęto zadawać sobie pytanie - gdy okazało się, że coraz więcej chorych po operacji przeżywa parę lub kilkanaście lat, co było rzadkością w początku XX wieku – czy to „okrucieństwo chirurgiczne” jest konieczne.
Powstawało pytanie – żyć, ale jak? Stawało się ono coraz bardziej palące. Zaczęto szukać sposobów, które radykalnie usuwałyby chorobę, ale też maksymalnie uwzględniały jakość życia pacjenta. Niezmiernie ważne było tu powstanie i rozwój chirurgii rekonstrukcyjnej.

E.T.: Kiedy taka reakcja się pojawiła?
T.K.: Chyba dopiero w latach 60. Samo pojęcie „onkologii" utrwalało się powoli. Kiedy zwiedzałem na początku lat 70. kliniki Wielkiej Brytanii, kierownicy pytali mnie, co to jest właściwie onkologia. Przyjeżdżałem tam jako chirurg-onkolog i dla nich pojęcie to wydawało się egzotyczne. Wcale nie lepiej było w Polsce. Zmiana nastawienia wiązała się z postępem wiedzy o chorobach nowotworowych, im więcej było wiedzy tym więcej możliwości wyboru właściwego, indywidualnego postępowania chirurgicznego.
Dzisiaj mamy pojęcie „choroby nowotworowe”, każda z nich ma swoją nozologiczną identyfikację, za którą się kryje wiedza o jej przebiegu, możliwościach wyleczenia, złośliwości itd. Postęp chirurgii ogólnej w tych aspektach, o których już mówiłem – z jednej strony, a z drugiej – rozwijająca się wiedza o patofizjologii nowotworów pozwoliła zmienić sposób myślenia – nie wszystko „wyciąć bez względu na zniszczenia”, a raczej, jak uzyskać optymalny efekt przy minimalnym uszkodzeniu ciała i przy maksymalnym uszanowaniu całości organizmu. Należy to też wiązać z wprowadzeniem klasyfikacji nowotworów TNM (T - tumor, N - noduli, M - metastases) w latach 60. Była to sprawa o ogromnym znaczeniu. Pozwoliła na systematyzację wskazań operacyjnych i ocenę wyników leczenia. Pomysł jej wprowadzenia wyszedł, proszę sobie wyobrazić, z Rumunii. Dyrektorem Instytutu Onkologii w Bukareszcie był wówczas prof. Oktawiu Kostachel i to on taką propozycję przedstawił. Jednak na forum międzynarodowym wylansowana została przez prof. Denoix, który był prezesem Międzynarodowej Unii Przeciwrakowej. Potem powstała Komisja UICC dla klasyfikacji TNM, w której też i ja pracowałem przez dwie kadencje pod kierownictwem prof. Harmeva z Wielkiej Brytanii. Wprowadzenie klasyfikacji TNM było fundamentem nowoczesnego myślenia. Kolejny element decydujący o rozwoju, to statystyka wyników leczenia w okresach pięciu czy dziesięciu lat po operacji. To się późno rozwinęło, ponieważ trzeba było zgromadzić nie tylko odpowiednią liczbę przypadków, musiały być te przypadki sklasyfikowane zgodnie z nozologią, klasyfikacją TNM, która dopiero zaczęła się rozwijać, a dalej – grupy musiały być liczbowo odpowiednio duże, żeby można było zastosowaç elementy statystyki. To wymagało czasu i to co najmniej kilkunastu lat.

E.T.: Jak wyglądała chirurgia w momencie pierwszych Pana kontaktów z Instytutem Radowym?
T.K.: Przyszedłem do Instytutu w 1941 roku, kiedy chirurgia onkologiczna wyglądała „jak by jej właściwie nie było”, było to coś zupełnie dodatkowego do pomocy radioterapeuty. Np. leczyło się głównie raki wargi dolnej, które były bardzo rozpowszechnione zarówno w Polsce, jak i na świecie. Leczono je zasadniczo radem, ale były również wycięcia w kształcie litery W, w kwadracie z rozszerzeniem na boki, najczęściej wobec niepowodzenia leczenia radem, aż do usunięcia węzłów chłonnych – i do tego właśnie proszono chirurga, to była najczęstsza operacja. Ponadto – usuwaliśmy węzły chłonne w przypadkach raków skórnych, gdy ognisko pierwotne było opanowane leczeniem radowym. Operowaliśmy też raki sutka. Jak sobie przypominam, w większości były to raki zaawansowane, rzadko kiedy bywało, żeby węzły chłonne pod pachą nie były zajęte. Nie zwracano uwagi ani na wielkość nowotworu ani na rozległość zajęcia pachy. Powiększenie węzłów nadobojczykowych nie było wtedy przeciwwskazaniem do operacji.
Tutaj chirurgia już była pierwszoplanowa, chociaż nie zawsze, uważano że programy radioterapeutyczne są alternatywne. W tym przodowała szkoła francuska, z której wyszedł prof. Łukaszczyk – nie było dla niego jasne, czy chirurgia jest konieczna, czy może promieniami też się uda wyleczyć raka sutka. Trwało to dosyć długo, zanim okazało się, że z rentgenoterapią raka sutka należy raczej dać sobie spokój. To wcale nie było takie proste. Była przecież taka teoria, że chirurgia raka sutka przyspiesza jego rozwój. Rzadko kiedy przystępowano wówczas w Instytucie Radowym np. do operacji raka odbytnicy, resekcję wykonywano zawsze z wytworzeniem sztucznego odbytu. Odsetek zgonów był ogromny - połowa przypadków ginęła. Nie wykonywano wycięcia żołądka. Bardzo często natomiast - gastrostomię, a także tracheostomię. Nie było przecież wtedy umiejętności przetoczenia krwi w czasie operacji - nie wchodziło to w rachubę. Przetaczanie krwi, a nawet płynów dopiero rozwinęło się latach 40., a do Polski dotarło w drugiej połowie lat 40., a może nawet później.

Tak wyglądała chirurgia w Instytucie. Nie było oddziału chirurgicznego. Przypadki, które wg

radioterapeutów wymagały uzupełnienia chirurgicznego, były przez nich wskazywane i wtedy chirurg przystępował do operacji. Nie było również stałego zespołu chirurgicznego, pracowało nas paru, ale w godzinach popołudniowych. Była to dodatkowa nasza praca w godzinach od 15 do 17. Chorymi po operacji opiekowali się radioterapeuci, oni też „dawali narkozę” eterową. Ponadto, trzeba pamiętać, że Instytut był Fundacją i utrzymywał się z dochodów od pacjentów. Mówi się teraz, że pieniądze „idą” za pacjentem – nie jest to żadna nowość, w tamtych czasach pacjent płacił sam lub płaciła zań ubezpieczalnia, miejska służba zdrowia, opieka społeczna. Była więc również grupa pacjentów „prywatnych”; każdy chirurg lub radioterapeuta mógł mieć swoich prywatnych pacjentów w Instytucie. Pacjenci przychodzili więc ze swoim chirurgiem. Wtedy szefem chirurgii był doc. Jerzy Rutkowski, znakomity chirurg, ordynator szpitala Świętego Ducha na ul. Elektoralnej, a potem Dzieciątka Jezus, człowiek wszechstronnie wykształcony, znakomity humanista, absolwent Uniwersytetu w Kijowie, władający świetnie językiem rosyjskim, angielskim i francuskim. Poeta, który pisał wiersze po francusku i po angielsku! Człowiek niezmiernie błyskotliwy, znakomity praktyk, jego talent zjednywania pacjentów był zdumiewający. Wielu pacjentów przychodziło dla niego i on operował tych chorych prywatnie i odpowiednio honorował swoich asystentów - były to nasze dodatkowe dochody.
Doc. Rutkowski był w sporze z dyr. Łukaszczykiem i w pewnym momencie odszedł z Instytutu. Wynikało to z tego, że doc. Rutkowski był bardzo zapracowany i czasami jego decyzje były bardzo pochopne, co mogło wiązać się ze zwiększoną śmiertelnością pooperacyjną, na co bardzo był wrażliwy dyr. Łukaszczyk, który fatalnie przeżywał każde zejście. Odbijało się to też na estymie Instytutu na tle medycyny warszawskiej, gdzie istniała duża konkurencja, nie mówiąc o tym, że chirurgia warszawska, a przede wszystkim ginekologia warszawska, bardzo sceptycznie i nieżyczliwie odnosiły się do Instytutu Radowego jako tego, który łamał wtedy monopol metod chirurgicznych, bo wprowadzał leczenie zachowawcze jako metodę leczenia nowotworów. Brzmi to dziś nieco egzotycznie, ale wtedy tak wyglądała ta sprawa. Profesorowie Łukaszczyk i Laskowski lansowali po raz pierwszy w Polsce metody łamiące monopol leczenia chirurgicznego nowotworów.
Elementy konkurencyjne były dosyć ostre, a dyskusje dalekie od uprzejmości.

E.T.: Czy zetknął się Pan Profesor z nazwiskiem Rachoza?
T.K.: To był chirurg, który pracował przed wojną w Instytucie. Poszedł do obozu oficerskiego do niewoli w 1939 r. i zostawił chirurgię bez kierownictwa. Po wojnie osiedlił się we Francji. Osobiście się z nim nie zetknąłem, słyszałem o nim tylko od dyr. Łukaszczyka, że był sympatycznym człowiekiem, dobrym lekarzem i „klasycznym” chirurgiem. Nie brał się do wielkich operacji, wykonywał te, które wyznaczali radioterapeuci.

E.T.: Czy był on jedynym chirurgiem w Instytucie przed wojną? Doc. Rutkowski chyba wtedy jeszcze nie przychodził?
T.K.: Trudno mi jest to powiedzieć, bo ja przyszedłem do Instytutu Radowego dopiero w 1941 r. Wówczas asystentem doc. Rutkowskiego był dr Leon Manteuffel. To Manteuffel wprowadził mnie do Instytutu Radowego. Pracowałem z nim w szpitalu na Woli, on był starszym asystentem, a ja młodszym. W godzinach popołudniowych współpracowaliśmy w Instytucie Radowym.
Na początku 1943 roku odszedł z Instytutu, jak już wspomniałem, doc. Rutkowski. Zostaliśmy we dwóch. Szefem chirurgii został dr Manteuffel, poprosił go o to dr Łukaszczyk. Myślę, że zadecydował fakt, że Manteuffel miał gruntowne wykształcenie anatomopatologiczne, a w związku z tym - znacznie głębsze podejście do leczenia nowotworów niż doc. Rutkowski. Był przygotowany do tej roli bardzo wszechstronnie. Znalazł dalszą płaszczyznę porozumienia z dr. Laskowskim, z którym razem pracował
kiedyś u prof. Paszkiewicza. W ich stosunkach odgrywał też rolę pierwiastek intelektualny, ponieważ cała trójka miała zainteresowania humanistyczne i łatwo znajdowali wspólny język. Co więcej, tuż przed wojną dr Manteuffel wrócił z rocznego stażu we Francji u prof. Leriché, co bardzo cenił sobie, sam pochodzący ze szkoły francuskiej, Łukaszczyk.

E.T.: I aż do Powstania pracowaliście Panowie we dwójkę?
T.K.: Tak, ale mieliśmy również w Klinice wolontariuszy. Byli to: dr Eugeniusz Nowacki - ginekolog, dr Czesław Wojnerowicz, późniejszy profesor - który był po wojnie twórcą ośrodka poznańskiego, a wtedy był studentem medycyny, wyrzuconym z Poznania. Mieszkał na terenie Instytutu i pod kierunkiem dr Laskowskiego zajmował się leczeniem raków skóry za pomocą metody Shaula - a więc bardzo powierzchownej penetracji promieni rentgenowskich.
Był też jeszcze jeden kolega, którego nazwiska nie pamiętam, który jednak szybko „zniknął”, bo był - jako aktywny uczestnik w ruchu oporu - zagrożony aresztowaniem.

E.T.: Czy spotkał Pan Profesor Zygmunta Zakrzewskiego?
T.K.: Zygmunt Zakrzewski zajmował się patologią eksperymentalną. Ja już go nie poznałem, został wcześniej aresztowany i osadzony w Oświęcimiu. W okresie mojej pracy już się badań eksperymentalnych nie prowadziło. Tzw. „budynek fizyki” i zwierzętarnia zostały przez Niemców zarekwirowane dla potrzeb wojskowego szpitala polowego, który znajdował się w sąsiadujących budynkach, przy dzisiejszej ul. Pasteura.

E.T.: Pamiętam z relacji rodzinnych, że po aresztowaniu Zakrzewskich Niemcy nie przeprowadzili rewizji - tylko zakleili „wronami” drzwi do mieszkania. W nocy pracownicy Instytutu, w tym i moja matka, odkleili te „wrony” i wynieśli broń, która była tam zgromadzona. Zakrzewscy byli włączeni do pracy w konspiracji i ich aresztowanie nie było przypadkowe.
T.K.: O ich zaangażowaniu konspiracyjnym mówiło się w tamtym czasie w Instytucie bardzo dyskretnie, jako że jeden z pracowników był podejrzewany o to, że jest donosicielem gestapo. Zakrzewski przeżył Oświęcim i po wojnie wrócił do Instytutu, a po pewnym czasie przeszedł do Gliwic.

E.T.: Wróćmy do głównego - chirurgicznego - wątku naszej rozmowy. Doszliśmy do lat 60., kiedy zaczęła się zmieniać pewna filozofia postępowania. Jak to wyglądało w pracy oddziału Pana Profesora, ale również i na świecie?
T.K.: Z trudnościami. Jest pewna inercja w medycynie, a w chirurgii też. Wymagało to czasu i przełamania pewnych stereotypów myślowych, również w naszym zespole.
Np. usuwanie tylko guza i otoczenia we wczesnych przypadkach raka sutka, spotkało się z naszym oporem. Dla nas była to wówczas pewnego rodzaju herezja. Któryś
z kolegów chirurgów spoza Instytutu przedstawił to na zebraniu warszawskich chirurgów. Wywiązała się polemika, myśmy stali raczej na pozycji konserwatywnej. Ale zaczęły się pierwsze międzynarodowe badania i myśmy wzięli w tym udział. Pierwszy raz ta sprawa stanęła na światowym Zjeździe Onkologicznym w roku 1966 w Tokio.
Powstały projekty kontrolowanych badań porównujących postępowanie oszczędzające w stosunku do konserwatywnego, żeby znaleźć argumenty przełamujące dominującą od lat teorię - „mała zmiana wielka operacja”. Pierwsze takie prace wyszły w latach 60. z Wiednia, ale zostały przyjęte sceptycznie. Następnie ukazała się duża praca z Finlandii, która już była bardzo przekonywająca, ponieważ była oparta na analizie dużej liczby przypadków i obejmowała dostateczny okres.
Drugim przykładem nowej filozofii postępowania było zachowanie zwieracza w operacjach raka odbytnicy, aby uniknąć strasznego kalectwa związanego ze sztucznym
odbytem. Kiedy pokazały się pierwsze prace na ten temat - to było w Ameryce (Bacon, Babcock, Dickson), była to wielka atrakcja, jakkolwiek nie było jeszcze wiadomo, czy to nie niesie za sobą skutków negatywnych w sensie długości przeżyć. Uważaliśmy w Instytucie, że jest to warte próby. W 60. latach zaczęliśmy stosować te operacje, oczywiście przy dosyć sceptycznym spojrzeniu innych polskich ośrodków chirurgicznych. Swoje wyniki przedstawialiśmy na forum międzynarodowym, głównie we Francji w Lyon Chirurgical. Podstawą operacji oszczędzających było nowe spojrzenie na patofizjologię nowotworów.
Okazało się, że w określonych sytuacjach można wyleczyć, nie okaleczając pacjenta. Innym przykładem był rak ślinianki. Zachowanie nerwu twarzowego, szczególnie
dla młodych ludzi, jest sprawą wielkiej wagi. To francuski chirurg Redon propagował wypreparowanie nerwu twarzowego jako podstawowy element zabiegu.
Stworzenie pojęcia „operacja optymalna”, a więc maksymalnie radykalna, a minimalnie rozległa, było wynikiem poszerzenia i pogłębienia wiedzy onkologicznej.

E.T.: Operacje oszczędzające gruczołu piersiowego wprowadził ośrodek łódzki?
T.K.: Pierwszą serię - 32 przypadków - zrobiliśmy my. Wyniki - pozytywne - zebraliśmy z dr Hanną Werner - bez publikacji. Pierwszy taki zabieg wykonałem naszej
koleżance lekarce (z Łodzi). Było to w 1965 lub 1966 roku. Po tym mój następca nie kontynuował tych prób. Wielką zasługą Ośrodka łódzkiego było natomiast przeprowadzenie szerokich badań, zebranie wyników i ich ogłoszenie.

E.T.: W okresie moich dziesięciu lat pracy w Klinice Chirurgii Onkologicznej praktycznie tych operacji nie było...
T.K.: Rzeczywiście. Prof. Kułakowski, który przejął po mnie Klinikę, nie był przekonany do tej sprawy, on był bardzo przywiązany do amerykańskiej szkoły, która z wielkim trudem przyjęła te innowacje. Natomiast w moich podręcznikach jest to wyraźnie przedstawione jako alternatywne postępowanie; na podstawie mojego własnego doświadczenia…
Z naszego oddziału wyszła też praca doktorska nt. oszczędzania nerwu twarzowego (doktora Jerzego Meyzy). Podczas obrony pracy była żywa polemika, kolega doc. Manicki zakwestionował tę metodę, poparł nas prof. Gruca.

E.T.: Wspominał Pan Profesor swego czasu nazwisko Crile'a juniora jako propagatora operacji oszczędzających.
T.K.: Tak. Operacja jego ojca - Georga Crile'a polegała na blokowym usunięciu węzłów chłonnych szyjnych, razem z żyłą szyjną i mięśniem mostkowo-sutkowo-obojczykowym i grupą węzłów podżuchwowych. Crile jr stwierdził, że w pewnych przypadkach nie ma konieczności usuwania ani mięśnia ani żyły szyjnej, że można usunąć tylko zmienione węzły. Okazało się to słuszne zwłaszcza w rakach brodawczakowatych tarczycy, gdzie wiadomo, że przerzuty do węzłów chłonnych szyi nie pogarszają rokowania. Crile jr był również jednym z pionierów operacji oszczędzających gruczołu piersiowego w Stanach Zjednoczonych. Spotkało się to ze znacznym sceptycyzmem, ale on miał bardzo mocną pozycję, nie ulegał wpływom wątpiących. Był swego czasu w Warszawie, mieliśmy bardzo przyjemne z nim spotkania, zakończyło się to przyjazną korespondencją.
Rozwój chirurgii, w tym szczególnie chirurgii onkologicznej, to zdarzenie zdumiewające i fascynujące, które rozegrało się między 1940 a 2000 rokiem. W miejsce umiejętności, której podstawą była znajomość anatomii i biegłość techniczna operatora, rozwinęła się dziedzina wiedzy medycznej, w której głównym elementem stało się poznanie i opanowanie fizjopatologii procesu chirurgicznego - od przygotowania przedoperacyjnego do ukończenia okresu rehabilitacyjnego (biegłość techniczna operatora zachowała swe znaczenie).
W szczególności, w chirurgii onkologicznej składnikiem wiodącym i decydującym o postępie okazało się poznanie wielu elementów i mechanizmów rozwoju i przebiegu
procesu nowotworowego.
Ciesząc się z tak znacznego postępu w tej dziedzinie, nie możemy ani na chwilę zapomnieć, że - paradoksalnie - tak doniosła rola chirurgii w leczeniu nowotworów, metody agresywnej i nierzadko okaleczającej - wynika z niedostatecznej wiedzy i skuteczności metod zachowawczych. Zamiast usuwać chory narząd, należałoby go wyleczyć - i tu należy szukać sukcesu.

Wywiad pochodzi z archiwum czasopisma „Nowotwory”, nr 4 (50) 2000 r., s. 377-381. Dziękujemy za udostępnienie materiału.